Z nauczycieli najlepiej pamiętam Henryka Kołakowskiego (analiza i topologia) i Romana Janusza (geometria). Chyba najbardziej ich ze wszystkich ceniłem. Ś.p. wychowawca, Zwoliński, był też w miarę sympatyczny, ale kiepsko uczył fizyki, no i zadzierałem z nim dość często z uwagi na długie włosy i różne ubrania, które mu nie były w smak.
Jako klasa byliśmy chyba wyjątkowo bliscy sobie. Przynajmniej tak to pamiętam - duża grupa "ludzi" (jak się mówiło na kolegów) robiła wiele rzeczy razem, jeździła na ferie, chodziła na (wstyd powiedzieć) wagary, spotykała się po szkole w knajpach i na prywatkach.
Po maturze razem z całym tłumem kolegów wybrałem się na Wydział Matematyki UW. Uśpiony łatwością z którą przychodziły mi studia (Gottwald jednak dobrze do nich przygotowywał), po drugim semestrze dostałem po głowie oblewając egzaminy z algebry liniowej i abstrakcyjnej. Zdecydowałem się więc specjalizowac właśnie w algebrze...
Studia były upstrzone prywatkami, szaleńczymi maratonami brydżowymi (kiepsko gram, więc raczej w roli kibica), wspólnymi wyjazdami na narty itd. W 1981 roku wydusiłem wreszcie pracę magisterską na temat radykalow w pierścieniach niełącznych; podziwiam moich promotorów za cierpliwość, jaką wykazywali.
Kilkanaście podań wysłanych do uniwersytetów w USA przyniosło dwie pozytywne odpowiedzi: z University of California w San Diego, i z Yale. Ponieważ było bardzo mało czasu, natychmiast zgodziłem się na pierwszą, zwłaszcza, że robiła tam też doktorat moja siostra i - oczywiście - chwaliła często zalety Kalifornii. Zastanawiam się czasem jak wyglądałoby moje życie gdybym poczekał z odpowiedzią dwa tygodnie.
Załatwianie formalności było zupełnie niesamowite; pierwszy raz spotkałem się tak bezpośrednio z Peerelowską biurokracją. Musiałem nawet chodzić do Cytadeli wybłagiwać jakiegoś generała o odroczenie wojska; żałuję, że nie spisywałem tych przeżyć, bo były naprawdę prosto z Kafki, a niestety bardzo szybko wyparły je palmy i ulga wywołana wyjazdem z kraju, w którym panowała fascynująca ale też męcząca i dość nerwowa sytuacja.
Studia w San Diego to mniej więcej jak odchudzanie się na zapleczu Wedla. Wspaniała pogoda, plaża, ocean, piękna przyroda. Mój promotor zwykle wolał rozmawiać o sprzecie Hi-Fi albo samochodach, niż o matematyce. Ja też zresztą. Praca doktorska była znośna, ale mogła być pięć razy lepsza.
Kaśka Nowosielska miała bilet na samolot do Stanów na koniec grudnia 81. Wojna Jaruzelska spowodowała, że przyjechała dopiero parę lat później, po ślubie zawartym "per procura", na którym moją rolę grał dzielnie drogi Piotruś Krasucki.
Mieszkaliśmy w małym mieszkanku w kiepskiej dzielnicy blisko centrum, daleko od bogatej i ślicznej La Jolli i uniwersytetu. Mieliśmy rozpadającego sie niemieckiego Forda Capri, w który wiecznie trzeba było pakować pieniądze (a ich nie mieliśmy). Wreszcie, gdy wybraliśmy się na jakąś dalszą wycieczkę, "Rupert" wyzionął ducha, i poznałem na własnej skórze los człowieka pozbawionego w kalifornijskim raju środka komunikacji...
Teraz San Diego pewnie bym nie poznał - rozrosło się, centrum miasta stało się wypucowaną atrakcją turystyczną, kampus uniwersytetu zmienił się bardzo. Za moich czasów było to niezbyt wielkie miasto z uroczymi zakątkami, i tamte lata pamiętam jako bardzo szczęśliwe i beztroskie.
Po skończeniu studiów dostałem tymczasową dwuletnią posadę na UC Los Angeles. Wspaniały wydział, z tradycjami, pełen mądrych i znanych ludzi. Wykładałem tam z wielką przyjemnością, łatwo znajdując wspólny język ze studentami. Przesiadywałem godzinami w świetnie wyposażonej bibliotece. W Los Angeles urodzili nam się dwaj synowie: Piotr i Stefan. Ponieważ młodszy był w drodze kiedy wygasał mój kontrakt, chętnie przyjąłem propozycję zostania tam na trzeci rok. Dano mi też szansę prowadzenia wykładu dla doktorantów, którzy na UCLA są naprawdę nieźli. Nigdy się tak nie napociłem i nie miałem takiej satysfakcji jak podczas tego wykładu.
Matematykę zaniedbałem okropnie, głównie z powodu przekonania, że "i tak mi nic nie wyjdzie". Nie napisałem na UCLA żadnego artykułu, co właściwie przekresliło szanse na pracę na dobrym uniwersytecie. Dostałem oferty z kilku miejsc, i wybrałem Illinois State University głównie z uwagi na pobliskie Chicago gdzie mieszka siostra. To był zasadniczy błąd. Matematyka na ISU polega na przypominaniu niedouczonym studentom jak się dodaje ułamki. Po wykładach byłem jak zdjęty z krzyza, bo nie udawało się utrzymać uwagi studentów na żadnym bardziej skomplikowanym wywodzie albo zadaniu. Większość kolegów-profesorów zajmowała się pisaniem coraz durniejszych książek, albo prowadzeniem badań nad tym, jakiego koloru powinna być tablica żeby pedagogika odnosiła lepsze efekty. Od tego czasu stałem się niesłychanie nieufny i sceptyczny w stosunku do tutejszych "reform edukacyjnych", i niestety upewniam się w tym niemal codziennie patrząc na to, jak wygląda w praktyce wykształcenie moich synów.
Z uwagi na umiejętności i zainteresowania zostałem tam chcąc nie chcąc chłopakiem od wszystkiego, co komputerowe; po kilku latach przeniosłem się na posadę "systemowca" na wydziale matematyki w Northern Illinois University, ok. 60 mil na zachód od Chicago. Mimo, że na ISU mogłem prawdopodobnie dostać "tenure", a na NIU jestem zwykłym pracownikiem, była to jedna z lepszych rzeczy, które mi się przydarzyły. Mam bardzo fajnych kolegów, w miarę "naukową" atmosferę, robię to co chcę i kiedy chcę. Teraz akurat prowadzę wykład z algebry abstrakcyjnej. Studenci się za bardzo nie poprawili, więc chyba nie dam się na to prędko znów naciagnac, ale lubię uczyć co jakiś czas, bez przymusu.
Większość wolnych chwil spedzam słuchając jazzu, robiąc zdjęcia, dłubiąc w elektronicznych potwornościach, budując z chłopakami samoloty sterowane radiem, bawiąc się trochę syntezatorami, programując w C++, i pisząc różne wiecznie nieukończone rzeczy do szuflady. Ostatnio nawet (znak podeszłego wieku!) zasadziłem w ogródku pomidory i je pieczołowicie pielęgnuję.
Illinois jest w porównaniu z Kalifornią bardzo mało estetyczne i bardzo mi tego brakuje - miedzy innymi ze względu na zamiłowanie do fotografii. Owszem, są ładne i ciekawe miejsca, ale to oazy na kukurydzianej pustyni, a nie norma. Miasteczko gdzie mieszkamy jest dość sympatyczne, ale prawie nic w nim nie ma, i w poszukiwaniu atrakcji trzeba jechać do Chicago albo do stanowych parków. Na szcęście dość niedaleko do Wisconsin, gdzie można w zimie pojeździć na nartach (na co się w tym roku zdecydowałem po raz pierwszy od 16 lat, i pluję sobie teraz w brodę, że nie wcześniej...)
Nie byłem w Polsce od wyjazdu w 1981, bardzo rzadko koresponduję z
dalszą rodziną i znajomymi (chyba, że przez e-mail!) Wrosłem w Stany
tak mocno, że nawet łatwiej mi się pisze po angielsku, niż po polsku,
a wizyty w "nowej" Polsce trochę się boję: czy mnie rozczaruje? czy
spodoba na tyle, że będę chciał wracać? czy odkryję, że jestem po
prostu obojętny? Żadna z tych alternatyw nie jest przyjemna, więc
na wszelki wypadek nie wybieram się tam w najbliższym czasie.
22.7.97
W 2006 wreszcie wybralem sie do San Diego, z okazji konferencji na cześć promotora (65 urodziny). Miło było znów zobaczyć starych znajomych, wielu zgromadzonych prominentów, i młode wschodzące gwiazdy. Ale byłem tam tylko 4 dni, ledwo mając czas zwiedzić kilka miejsc, które z dużym sentymentem wspominam.
Może właśnie ta podróż i świadomość, że czas gna jak oszalały dały mi bodziec, żeby wreszcie wyrobić sobie polski paszport. W listopadzie 2007 bylem 10 dni w Polsce po ponad ćwierćwieczu.
Powyższa uwaga o wizycie w Polsce okazała się prorocza, tyle że to proroctwo nie dotyczyło zmian, jakie tam nastąpiły - bo właściwie nic mnie nie zaskoczyło i jedyną moją reakcją było to, że "wreszcie jest mniej więcej normalnie".
Co wytrąciło mnie zupełnie z równowagi to spotkania ze znajomymi, a większość z nich to koleżanki i koledzy z klasy. Po latach czułem się z nimi tak niesamowicie dobrze i na luzie, okazali mi wszyscy tak dużo ciepła i gościnności, spotykali się ze mną grupowo (nie raz) i sam na sam, a mnie żarł ciągle żal, że nie byłem tam 20 lat wcześniej. I do teraz, dwa miesiące po powrocie, tęsknię do nich i chcę być bliżej - do tego stopnia, że już myślę o ponownej wizycie i nie mogę się jej doczekać.
Jesteśmy związani tak mocno nie przez jakieś podobieństwa opinii czy osobowości, bo byliśmy bardzo urozmaiconą grupą, tylko przez wspólne czteroletnie doświadczenie, które tak mocno i dobrze wiekszość z nas pamięta.
Miałem okazje zajść do szkoły i porozmawiać troche z P. Lewkowicz,
obejrzeć stare korytarze. Niewiele się zmieniło, nawet to że uczniowie
zrywają sie niemal na baczność na widok Pani Dyrektor, i że wyglądają
na skupionych na nauce, zadowolonych z życia, i doceniających jakos to
miejsce gdzie dorastają. Po ponad ćwierćwieczu cały niemal świat jest
tak zupełnie inny, niz był... A ja się bardzo cieszę, ze Nowowiejska
37 jest mniej więcej taka sama, jak kiedyś.
23.12.2007
Powyższe "już myślę o ponownej wizycie" było prawdą, ale niepełną. Miałem już wtedy bilet. 30 grudnia wylądowałem znów na Okęciu, o czym wiedziała tylko niewielka grupa wtajemniczonych (stąd też niedomówienie na tej stronie, na wypadek gdyby ktoś z kolegów na nią przedwcześnie zajrzał). Bez zapowiedzi pojawiłem się na klasowej zabawie sylwestrowej, co wywołało opadnięcie niektórych szczęk.
Byłem do 10 stycznia, tym razem bez wielu zobowiązań rodzinnych, głównie z koleżankami i kolegami. Miałem więcej czasu dla siebie, zwiedziłem więcej miejsc w Warszawie - i tych ze wspomnień, i tych nowych. Znów była to bardzo sympatyczna podróż z uwagi na nastrój i towarzystwo. Nawet kiepskawa pogoda jej nie popsuła.
Wszystkim wahającym się, jak jeszcze niedawno ja, polecam gorąco
taką wycieczkę w celu odświeżenia kontaktów i obejrzenia zmian w
Polsce.
14.1.2008