Wszyscy uczniowie mojej klasy byli ważni, każdy był na swój sposób indywidualnością, każdego nadal pamiętam doskonale, chociaż minęło już 32 lata od tamtego słonecznego, upalnego maja, gdy przyszło nam na zawsze opuścić szkołę. Pod koniec ktoś w kuratorium wpadł na niefortunny pomysł, aby z czterech klas zrobić pięć, gdyż były ponoć zbyt liczne. Kilkanaście osób przeniesiono do nowo powstałej klasy "E". Uczyły się dalej oddzielnie, w a naszej klasie "A" nie było już tych, którzy współtworzyli przez kilka lat tak fajną atmosferę. Mimo że nikogo nie wiedziałem od ponad ćwierwiecza, to jednak wspomnienie każdego z nich wywołuje nadal pogodny uśmiech na mojej twarzy.
Moją wychowawczynią i nauczycielką historii była pani profesor Maria Pietkiewicz, najbardziej kochana przez wszystkich bez wyjątku uczniów w klasie. Zawsze pogodna, wyrozumiała, współczująca. Historii przyszło Jej uczyć w trudnych czasach, gdyż była ona powszechnie fałszowana i przeinaczana. Nasz podręcznik historii XX wieku w klasie maturalnej był jednym wielkim kłamstwem. My, uczniowie, niejednokrotnie przez przekorę stawialiśmy panią Marię w niezręcznych sytuacjach, zadając trudne, niewygodne pytania. Jednak ona zawsze doskonale potrafiła wybrnąć z opresji, dając nam do zrozumienia półuśmiechem w odpowiednim momencie czy porozumiewawczym spojrzeniem, co naprawdę myślała. Były to bowiem czasy, gdy prawdę czytywało się na ogół między wierszami. Bez skrępowania przychodziliśmy do pani Marii, aby radziła nam w naszych szkolnych problemach, a dziewczyny z klasy, zarumienione z emocji, nie raz wypłakiwały na Jej ramieniu swoje nastoletnie kłopoty. Ufano Jej i wierzono, że nigdy nie odmówi pomocy. Nawet wówczas, gdy poważnie coś się przeskrobało, nie potrafiła być sroga. Wcale się Jej nie baliśmy, choć jednocześnie czuliśmy wobec Niej wielki respekt. Pamiętam jak w maju 1966 roku pani Maria zabrała całą naszą klasę, abyśmy towarzyszyli Jej w sentymentalnej podróży do Zamościa, gdzie ongiś uczyła się w szacownym gimnazjum, założonym jeszcze przez Jana Zamojskiego, które razem zwiedziliśmy. Doprowadziła naszą klasę do samej matury. Gdy skończyliśmy szkołę, najtrudniej było rozstać się właśnie z Nią. To Jej najbardziej potem brakowało. Bya wspaniałą osobą, którą zawsze będę pamiętał i miło wspominał.
Języka polskiego uczyła nas prof. Eugenia Autuchiewicz (z domu Sasin, ur. w 1913 r.), która oprócz tego, że była moją nauczycielką, była także moją ciotką, rodzoną siostrą mojej mamy. Stawiała mi zawsze zaniżone stopnie, aby nie posądzono Jej o kumoterstwo. Uczyła w liceum Gottwalda od momentu przeniesienia szkoły w 1952 r. z ulicy Noakowskiego 6 na Nowowiejską 37a, a jeszcze wcześniej nauczała na tajnych kompletach w czasie wojny, następnie w szkole wieczorowej dla wyższej kadry wojskowej i w szkole TPD, poprzedniczce Gottwalda. Obok profesorów: Marii Pietkiewicz, Mirosława Zawalija, Ireny Krawczyk, Jadwigi Papierskiej, Tadeusza Wojciechowskiego i Marii Sulikowskiej była nauczycielką najdłużej związaną ze szkołą, bo ponad 30 lat. Wszyscy oni przyjaźnili się ze sobą i spotykali prywatnie na przeróżnych imieninach i przyjęciach.
Prof. Eugenia Autuchiewicz była elegancką damą o nienagannych manierach i sposobie bycia, osobą delikatną, pogodną, pełną ciepła i wyrozumiałości dla ludzi. Do uczniów zwracała się zawsze po imieniu, nigdy po nazwisku. Każdy czuł się przez nią wyróżniony, gdyż pamitała wszystkie imiona, dla każdego miała dobre słowo, uśmiech i nigdy nie podnosiła na nikogo głosu. Wszystkie cechy, które tutaj wymieniłem nie były niestety powszechne wśród niektórych nauczycieli w naszej szkole. Ale nie wymieniajmy żadnych nazwisk...
Prof. Autuchiewicz była erudytką znając świetnie literaturę, zarówno polską jak i obcą, śledziła nowinki poetyckie, nowe książki, często bywała z mężem na premierach teatralnych. Jej wielką pasją był Mickiewicz, Słowacki, Wyspiański i Leśmian. Do wykonywanego zawodu miała gruntowne przygotowanie uniwersyteckie. Przez kilka lat sprawowała w Gottwaldzie funkcję zastępcy dyrektora. Uczyła tam aż do połowy lat osiemdziesiątych. Przez ostatnie lata, będąc już na emeryturze, zachowała jeszcze ćwiartkę etatu, aby jedną z klas doprowadzić do matury. Nie umiała wyobrazić sobie życia bez szkoły. Zmarła późnym latem 1988 roku. Byłem przy niej w momencie jej śmierci. Ostatniego dnia, będąc już w malignie, powtarzała bezwiednie cytat z Wesela "...raz dokoła, raz dokoła".
Została pochowana na cmentarzu Bródnowskim. Wówczas nad jej grobem zebrała się duża grupa dawnych uczniów z różnych lat, nawet z tych najwcześniejszych. Ciepłą i serdeczną mowę pożegnalną wygosiła pani Irena Krawczykowa, ówczesna dyrektorka Gottwalda, Jej wieloletnia przyjaciółka, ostatnia, która pozostała z najdawniejszych nauczycieli szkoły.
Kilka dni temu, słonecznym, późnowiosennym popołudniem wybrałem się na dłuższy spacer, aby popatrzeć znowu na swą starą szkołę i przywołać jeszcze trochę wspomnień. Tak dawno tam nie byłem, choć to niedaleko ode mnie. Zaledwie dwa przystanki tramwajem w stronę Ochoty. Budynek wcale się nie zmienił. Wygląda dokładnie tak samo, jak dawniej. Może bardziej poszarzał nie remontowany od dziesięcioleci. Tylko na naszym szkolnym boisku, gdzie tyle czasu spędziliśmy grając w piłkę, ktoś zbudował jakąś ohydną halę sportową, burzącą harmonię tego miejsca, zupenie tam nie pasującą, co przyzna zapewne każdy absolwent dawnego Gottwalda. Zajrzałem od tyłu, od ulicy Filtrowej i małej uliczki zwanej Referendarską. Znalazłem dobrze znajome miejsce przy tylniej ścianie sali gimnastycznej, gdzie wiosną i wczesną jesienią schodziliśmy się tłumnie w czasie przerw, by po kryjomu przed nauczycielami palić nasze pierwsze papierosy. Wracałem tego dnia do domu pogrążony po uszy w nostalgii za odległym w czasie i na zawsze straconym okresem mojego życia. Wtedy, w maju 1968 roku, gdy właśnie zdawaliśmy maturę, radio często puszczało ówczesny wielki przebój Luisa Armstronga "What A Wonderful World". Świat był wtedy rzeczywiście piękny! A przyszłość wydawała się prosta, jasna i świetlista. Tak bardzo chciałem mieć znowu 18 lat. I żeby ten mój dorosły świat zniknął bez śladu...
Jacek Gnoiński
30 maja 2000 r.