Nazywam się Marek Walczak (ur. 1952) i jestem absolwentem pierwszego rocznika "Uniwersyteckich Klas Matematycznych". Taką nazwę wymyślono dla klas matematycznych na potrzeby naszej matury w 1971. Nie wiem, czy ta nazwa przyjęła się w późniejszych latach.
Należę zapewne do nielicznych osób, które mogą powiedzieć, że Szkoła mnie żywiła, dosłownie i w przenośni. Dlaczego dosłownie? Po pierwsze, przez cztery lata pobierałem stypendium, które teoretycznie uniezależniało mnie od funduszy domowych. Po drugie, przez cztery lata mieszkałem z kolegami w bursie na Raszyńskiej, ale przez kilka miesięcy w pierwszej klasie jedliśmy wszystkie posiłki (łącznie ze śniadaniami i kolacjami) w szkolnej stołówce. Nie czuję się godny opisywania kolacji, w czasie których serwowaliśmy sobie np. resztkowe 2 wiadra kiślu. Jestem przekonany, że zrobi to lepiej każdy z pozostałych sześciu dokarmianych Kolegów. Ciekawe było również używanie windy przeznaczonej do przesyłania talerzy z kuchni do stołowki do "transportu licealistów". Aha, zapomniałem dodać, że przy kolacji obowiązywała samoobsługa, tzn. klucze do kuchni, gdzie jedliśmy, pobieraliśmy i zwracaliśmy na portierni. Na stołach czekały na nas przygotowane porce kolacyjne, w wiadrach resztki ze stołówkowego obiadu. Wszyscy przeżyli.
Uczniów zamieszkałych w bursie Szkoła otaczała szczególną opieką, już choćby z tego powodu, że utrudniony był kontakt Szkoły z Rodzicami. O ile sobie dobrze przypominam, moi rodzice odwiedzili Szkołę w ciągu 4 lat tylko raz (w 1 klasie).