From mariuszk@markukl.demon.co.uk Thu Oct 2 13:22:54 1997; zobacz również komentarz od Elżbiety Dulewskiej (Kuklińskiej).
Zgłaszam się, jako absolwent XIV - jednej z klas "b".
Maturę zdawałem (jedyny z łaciną, jako przedmiotem nadobowiązkowym) przypuszczalnie w r. 1960, wraz z Katarzyną Kędrą (PAP), Tomaszem Kureckim (chyba, gdzieś w Ameryce), Teresą Willman-Kurecką (PISM), Stefanem Jagielskim (PAP), Roaldem Ramerem (gdzieś w Ameryce? Aldek odezwij sie!), Kazikiem Radziukiewiczem, Mileną Błażewską. Wybacz Dagna (dziś lekarka) jak ty się wtedy nazywałaś? Z tego samego rocznika, choć z innej klasy jest Marek Ostrowski (Polityka).
Wspomnienia ze szkoły mam bardzo dobre - zwłaszcza po wcześniejszym pobycie w TPD V, nad którą ciążyła specyficzna atmosfera wylęgarni potomstwa najwyższej elity partyjnej - której większość jednak następnie odnalazła się wśród "komandosów" i KOR (m.in. Antoni Zambrowski). "Gottwald" był również elitarny ale raczej na szczeblu wiceministrów. Nauczyciele tu nikogo nie wyróżniali ani mu nie czapkowali, traktowano nas dość serio. Nie zapomnę zachowania świeżo owdowiałej "historyczki" (jakżeż ona się nazywała?), której poskarżyliśmy się, że jej chodzący w tej samej szkole do klas podstawowych syn zaczepia nas, licealistów, licząc na to, że matka zapewni mu bezkarność. Matka tymczasem powiedziała nam, żebyśmy go lali, ile razy na to zasłuży - "tylko proszę was, nie po głowie"... Wojciechowski, jako dyrektor, zachowywał się przyzwoicie, co po Bolesławie Redlichu, który wyrzucił mnie z TPD V za ujęcie się za AK-owcami (były to czasy "Popiołu i diamentu") było oddechem swieżego powietrza.
Zawalij mógł mieć ukończone wyłącznie kursy nauczycielskie ale wybierającym się na olimpiadę podsuwał różne specjalistyczne podręczniki. Gosiewska była bardzo dobra, jako polonistka, podchodziła z dystansem do obowiązkowych wykładni i zachęcała nas do samodzielnego myślenia. Beznadziejna była rusycystka ale też i materiał dydaktyczny był na tym samym poziomie. Krawczykowej (chemia) udało się we mnie rozbudzić krótkotrwałą miłość do chemii organicznej. Aldek Ramer, jako "resident genius" okazyjnie wytykał Kaczmarczykowej (matematyka), że prawi androny, ale on matematycznie był na innej planecie, niż my. Nie pamiętam już, co takiego zmalował, że ojciec przyszedł po niego z ciężką laską, którą chciał go na miejscu lać. Byliśmy wszyscy przerażeni.
Było to wszystko dość zżyte towarzystwo. Jedną z najpopularniejszych dziewczyn była Milena (patrz - Kazik Radziukiewicz), choć nie tylko dlatego, że była piękna, choć dość dzika, ale i dlatego, że jej mama robiła wspaniałe przetwory z różności uprawianych na terenie Filtrów, gdzie mieszkali. Tam właśnie poznałem smak marynowanych, zielonych pomidorów.
Jako, że wielu uczniów miało rodziców w wojsku, bal maturalny (studniówkę?) mieliśmy w Klubie Oficerskim przy Madalińskiego.
Jako pierwsza za mąż wyszła pulchniutka Kasia Kędra, co nas dość zaskoczyło. Pierwsza zmarła Ala Cycling, ktora zaczadziała. Bardzo to nami wstrząsnęło.
Ja sam, po maturze, zamiast na medycynę, o której marzyłem, oportunistycznie poszedłem na socjologię, potem - do dziennikarstwa, w którym spędzam właśnie już 30 rok. 8 marca 1968 r. pracując już w Polskiej Agencji Interpress, będącej wówczas ideologicznym taranem Olszowskiego wymierzonym w "rewizjonistów", przypadkiem znalazłem się w pobliżu Uniwersytetu. Zobaczywszy, że coś się dzieje, skręciłem na dziedziniec. W bramie zatrzymał mnie "delegat klasy robotniczej" mówiąc - "nie wolno". Wyciągnąłem wtedy z kieszeni sam koniuszek legitymacji PAI, która dziwnym trafem chyba była w tym samym kolorze, co legitymacje służbowe MSW. Musiała chyba być podobna, ponieważ delegat klasy robotniczej w powszechnym, proletariackim pozdrowieniu ... zasalutował. Uratowałem skórę ponieważ w odróżnieniu od "klasy robotniczej" wiedziałem o przejściu przez Instytut Geografii.
Z PAI szybko odeszłem, ku obopólnemu zadowoleniu, choć byłem tam wystarczająco długo, aby dziś co tydzień dziwić się widząc, jak opinię świata o Polsce przybliża nam jeden z towarzyszy odpowiadających tam za demaskowanie antykomunizmu.
Poszedłem następnie do "Forum", skąd z kolei wyrzucił mnie św. pamięci Gerhard, bo lepiej od niego - pułkownika - znałem się na broni. Podczas ostatniej wizyty w jego gabinecie wrzasnąłem - "czekaj dziadu, ja cię przeżyję". Nie minęło wiele czasu, jak musiałem się z tych słów spowiadać na Mostowskiej, ale miałem alibi. Po pół roku bezrobocia, wylądowałem w PAP. Z PAP też mnie na początku raz wyrzucono, ale nie przeszkodziło mi tam spędzić 21 lat, głównie w charakterze reportera "naukawego". Od r. 1986 mieszkam w Londynie, korespondując m.in. do Radia Zet i dzisiejszego Dziennika Prawa i Gospodarki. Po latach w PAP mam gruntownie dość polityki i dlatego specjalizuję się w sprawach bankowości inwestycyjnej. Przetłumaczyłem parę książek ale mimo gonienia mnie przez przyjaciół, nie udało mi się żadnej napisać.
Wieloletni PAP-owcy mają za sobą przeciętnie 2,4 małżeństwa. Ja utrzymuję się mniej więcej w górnych stanach tej przeciętnej. Marzy mi się dobrze płatna praca w miesięczniku, którą można by wykonywać gdzieś na zachodnim brzegu Szkocji albo w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów. Może być Turbacz.
Mariusz Kukliński