Z O D D A L I =============== Minelo niedawno dokladnie 10 lat od mojego wyjazdu z Polski. Wydarzenie to jest juz dla mnie tak dalekie, ze po prostu te rocznice przegapilem. Przy tej okazji uswiadomilem sobie z zaskoczeniem, ze nie mam *zadnych* zapiskow z fascynujacego okresu pieciu przed-wyjazdowych lat! Ponizszy fragment jest nieudolna i spozniona proba walki z wlasna skleroza. * * * Sposrod wielu "przelomowych" lat w moim zyciu, najbardziej istotny byl 1976. Po pierwszym roku studiow licealna "paczka" trzymala sie nadal bardzo mocno. Toczyly sie wciaz te same dyskusje polityczne. Nie obchodzily nas kariery, zawody, zony, dzieci (bo z nielicznymi wyjatkami ich nie posiadalismy). Wypijanie jak najwiekszej ilosci wodki w jak najkrotszym czasie nadal bralo gore nad refleksjami o Bycie (moze slusznie?) Studia byly wciaz - jak sie mawialo - "trywialne". Nagle kawaly o Gierku ustapily miejsca rzeczowym rozmowom. Do tej pory wszystko bylo teoretyczne; odtad wszystko stalo sie bardzo realne. Nawet namaszczone artykuly w Ekspresie, czytane miedzy linijkami, potwierdzaly wiesci z Radomia. "Bibuly", do tej pory widywane z rzadka w rekach rodzicow, teraz znalazly sie w naszych teczkach. Tak, wszyscy pamietalismy Marzec i Grudzien, ale tym razem nie moglismy juz polegac na ocenach i opiniach doroslych. Musielismy cala rzecz przezyc na wlasnej skorze. Pamietam jak dzis dyskusje z kilkoma przyjaciolmi, w ktorej padl po raz pierwszy skrot "KOR". Zaskoczylo mnie najbardziej to, ze moi rozmowcy byli - jak na swoj wiek - nieslychanie sceptyczni i zblazowani. "Ooo, to zwykla prowokacja; przeciez wiesz, kim byl Michnik!" "A po co im ksiadz?". Po mlodosci w kraju budujacym Zaawansowany Socjalizm, moje kolezanki i koledzy nie byli w stanie dopuscic mozliwosci, ze grupa dosc znanych osob usiluje zmienic los kraju, narazajac przy tym swoje wygodne status quo. Za tym musi cos stac! Podejrzana historia! Poczatkowa negacja zostala szybko pokonana przez adrenaline. Niedlugo juz chwalono sie znajomoscia z cioteczna kuzynka Mirka Chojeckiego, pokazywano z duma plik poszarpanych Komunikatow, szeptano z wypiekami o aresztowaniach i konfiskatach maszyn do pisania. Z perspektywy czasu patos tych chwil wydaje sie smieszny, ale nie nalezy sie az tak bardzo nabijac: mimo wszystko majac pecha mozna bylo sobie w ten sposob zepsuc przyszlosc - wyleciec ze studiow, narazic rodzine na szykany, nie dostac paszportu. Fakt, ze powazne problemy zdarzaly sie dosc rzadko i ze cena "wpadki" byla nieporownywalnie mniejsza, niz w innych czasach, wcale nie ulatwial decyzji. Do tego dochodzi kwestia nadziei, czy tez jej braku. Mysle, ze nikt tak naprawde nie wierzyl w mozliwosc rychlej zmiany. Dlatego wlasnie powiedzenie mistrza Antoniego ("wszystko jest w Polsce mozliwe, nawet zmiana na lepsze") bylo takie smieszne: nikt nie sadzil, ze okaze sie tez prorocze. * * * Zostalem zwerbowany do pomocy przez czlowieka, po ktorym najmniej bym sie tego spodziewal, bo w codziennych kontaktach czasem sprawial wrazenie osoby stojacej po drugiej stronie barykady. Teraz wiem, ze bylo to umyslne testowanie. Moje kwalifikacje polegaly czesciowo na "prawidlowych" reakcjach na takie uklucia, ale przede wszystkim na tym, ze jako jeden z nielicznych dysponowalem malym mieszkankiem w Warszawie i w miare dobrze funkcjonujacym malym Fiatem. Zanim podziemne wydawnictwa zapewnily sobie bardziej niezawodne metody dostaw i etatowych pracownikow, przez mniej wiecej dwa lata mialem wiec sporadyczny kontakt z praca "podziemia". Ogromnie zaluje jednego: ze nie pomoglem bardziej. Czasem odmawialem roznych uslug z przyczyn niezaleznych ode mnie, ale zdarzal sie tez zwykly strach, albo wygodnictwo (czy wazniejsza jest dostawa papieru, czy od dawna oczekiwana randka??? - znow te odcienie szarosci...) Nie moge ocenic, kto wniosl najwieksze zaslugi do polskiej "cichej rewolucji" konca lat 70-tych. Zalozyciele KOR-u niewatpliwie przelamali kolosalna bariere psychologiczna. Chcialbym jednak oddac swoj glos na te troche niedoceniane oficyny podziemne. Ich rola polegala na przekroczeniu masy krytycznej ponizej ktorej informacja dociera tylko do ludzi, ktorych informowac i tak nie trzeba (bo sami sobie informacje wyszukaja), a powyzej ktorej zaczyna sie werbowanie nowych dusz i ksztaltowanie swiadomosci wsrod skadinad apatycznych obywateli. To zdanie brzmi jak cytat z Marksa, moze nawet nim jest, ale nie zmienia to faktu, ze bez samizdatow i calej infrastruktury im sluzacej lata 80-te potoczylyby sie inaczej. * * * Ryzy papieru kupowane byly z narazeniem zdrowia umyslowego przez tuziny poslancow, ktorych "prostym" zadaniem bylo (a) znalezienie sklepu papierniczego gdzie wlasnie "rzucili" papier - najchetniej sredniej jakosci, bo inaczej farba sie mazala; (b) kupienie jednej albo najwyzej dwoch ryz strugajac wariata - czyli np. przekonujac pania sklepowa, ze to dla pobliskiego ministerstwa, w ktorym zabraklo (!), (c) przejechanie tramwajem do sklepu w sasiedniej dzielnicy, gdzie proces sie powtarzal. Kupiec cumowal wreszcie w czyims mieszkaniu, z plecakiem zawierajacym kilka ryz - moze 2000 arkuszy. Po przezwyciezeniu nieprzyjemnej niepewnosci ("na zlodzieju czapka gore") kupiec stawal sie bezczelny, i prosil z usmiechem pania sklepowa o 10 ryz, albo szedl do tego samego sklepu dwa dni pod rzad; najczesciej uchodzilo to na sucho, ale opowiadano mi o wypadkach, kiedy sprzedawczyni w patriotycznym zrywie dzwonila natychmiast na milicje. Po zebraniu odpowiedniej ilosci papieru, nadchodzil czas na transport do "magazynu", ktorym zazwyczaj byl czyjs garaz na przedmiesciach. Wieksze dostawy odbywaly sie wieczorem; samochod kluczyl wg. najlepszych nauk wyniesionych z filmow o Bondzie, co oczywiscie nie mialo zadnego wplywu na to, czy UB sie tej nocy pojawi, czy nie: oni albo wiedzieli o operacji z gory, albo nie. Fiacik zostawal uwolniony od ciezaru przez kilku chlopa, ktorzy po ciemku ukladali szybciutko paczki na czubku setek innych, otaczajacych scislym murem samochod wlasciciela garazu. Byl to surrealistyczny widok godny uwiecznienia na fotografii. Po upewnieniu (?) sie, ze UB nie trzyma skladu na oku, nieco lepiej zorganizowana operacja przemieszczala papier do drukarni. "Drukarnia" jest slowem pasujacym do lokali z lat pozniejszych; na poczatku jednak wygladalo to bardziej jak "poligon". Pamietam takie miejsce, gdzie drukowane byly ulotki, i bodajze pierwszy naklad "Animal Farm". Duzy, prawie pusty pokoj w zapuszczonym parterowym domu/baraku na szczerym polu. Prowadzone tam byly proby z sitodrukiem. Matryca z materialu rozpieta byla na drewnianej ramie, pod nia byl papier; na material wylewalo sie farbe przyrzadzona wg. aktualnie zalecanej receptury, i doswiadczony operator przeciagal po calym ustrojstwie gumowy noz, ktory przepychal farbe przez oczka w sicie. Rezultatem bylo czesto cos, co ponownie w zyciu zobaczylem dopiero wtedy, gdy moi dwaj synowie osiagneli wiek 3 lat i zaczeli "malowac". Prawdziwe farby drukarskie, kupowane na zachodzie, byly bezlitosnie wykrywane i konfiskowane na granicy. Krajowi chemicy wymyslili metode laczenia rodzimej farby pigmentowej ("plakatowki") ze specjalnym skladnikiem przemycanym w malych puszeczkach spoza Polski, ale to tez bylo delikatnie mowiac niedoskonale. Poza tym nabywanie w sklepach setek tubek farby pigmentowej wiazalo sie z takimi samymi niebezpieczenstwami, jak opisane wyzej kupowanie papieru. Pozniejsze drukarnie wyposazone byly w maszyny magicznie wypuszczajace 60 ladnych stron na minute. Co pewien czas czytalo sie doniesienia o zatrzymaniu jakiegos Szweda wiozacego w ciezarowce mimeograf, ale duza czesc tych narzedzi dywersji docierala do miejsca przeznaczenia. Na zawsze pozostal mi w oczach obraz jednej z tych maszyn, pracujacej cala noc w piwnicy jednego ze starych domow w poblizu Centrum, i wypluwajacej z wielkim loskotem kolejne stronice "Kompleksu Polskiego" Konwickiego. Nikt jakos nie robil sobie wiele z halasu. Jak sie okazalo, w domu tym mieszkal wyzszy funkcjonariusz partyjny, ktoremu dozorca zawsze przed drukowaniem szeptal w ucho jakies niewinne wytlumaczenie; milicja zostawiala dom w spokoju... Cale przedsiewziecie przynosilo z pozoru malo wazny produkt uboczny: tysiace wadliwych stron zadrukowanych fragmentami Mysli Antypanstwowych; wykrzywionych, z kleksami, ale niewatpliwie, na pierwszy rzut oka, Anty. Coz z nimi robic? A wiec znow wieczorne wojaze po zakatkach Warszawy. Prosze wytlumaczyc komus, kto wyrosl w normalnym kraju, ze *wyrzucanie smieci* moze byc ryzykowne! Zimno... ciemno, latarnie nie dzialaja, swiatla wylaczone... bloto na drodze dojazdowej na Ursynowskiej pustyni... na przednim siedzeniu nieznana ci niewiasta przydzielona jako "czujka" na dzisiejsza akcje... aha!!! jest pojemnik! Stirlitz sie z zawisci przewraca w grobie. Paka takich odrzutow wyladowala w rodzinnym domu na strychu; przed wyjazdem mialem tyle bieganiny, ze o niej zapomnialem. W grudniu 81 moj "mentor" byl poszukiwany przez UB; znaleziono jego notatnik z telefonami, dzieki czemu moja chora matka najadla sie troche strachu podczas kilkakrotnych Ubeckich wizyt. Na szczescie nie wiedziala o tym pakunku na strychu, bo balaby sie bardziej. Moral: wbrew pozorom, kazda konspiracja powinna byc prawdziwa konspiracja. Co by nie mowic, to jednak nie byla zabawa. * * * Do tej pory po ulozeniu egzaminu dla 40 studentow nie moge sie oprzec pokusie. Koledzy radza mi: "zostaw sekretarkom! nie trac czasu!"; a ja ide sobie do pokoju na zapleczu, robie ksero, sporzadzam stencil na termografie, zakladam na beben, przerzucam wajche, i wsluchuje sie w znajomy dzwiek...