DRUGI GLOS Z ODDALI =================== Piotr Bohdan Tyszko (piotrek@vtvm1.cc.vt.edu) Przeczytalem z wielkim zainteresowaniem wspomnienia Erica Behra z konspirowania w latach siedemdziesiatych ["Spojrzenia" nr. 4 - przyp.red.]. Obudzilo to we mnie moje wlasne wspomnienia i doznalem cos w rodzaju kombatanckiego rozrzewnienia. No to mnie tez poczytajcie. Musze przyznac, ze tak wlasnie bylo jak Eric napisal. W moim przypadku zaczelo sie od kolportarzu "Biuletynu Informacyjnego" KOR i skupywania papieru (tak, po 1-2 ryzy), a skonczylo sie w roli (niezbyt zreszta wprawnego) sitodrukarza. Kiedy pojawila sie opozycja ja bylem gotowy - tradycje rodzinne z okupacji niemieckiej i lektury na tenze temat zrobily swoje. Zreszta probowalem juz wczesniej, tylko niezbyt umiejetnie. Nasza tajna organizacja antysowiecka i antykomunistyczna wpadla, prawdopodobnie wskutek dostania sie jakichs naszych papierow w rece rusycystki (to bylo w siodmej klasie). Rodzice byli wzywani na komende na Opaczewskiej i ojciec przeprowadzil ze mna potem dluga rozmowe o tym, ze jeszcze musze sie duzo nauczyc, i ze jeszcze przyjdzie na mnie czas. W to ostatnie to powatpiewalem, ale okazalo sie, ze Tata znal lepiej logike historii Polski. Tak, jak Eric, pamietalem Marzec i Grudzien. Zwlaszcza Grudzien utkwil mi mocno w swiadomosci: byl to pierwszy raz w moim zyciu kiedy na serio powialo groza. Z obu tych wydarzen wysnulem wniosek, ze wladza to lobuzy. Podobnie bylo w 1976 - groza, gniew, ale kiedy tylko zaczalem dostawac bibule, uczucia te ustapily rewolucyjnemu zacieciu. I juz wiedzialem, ze ojciec mial racje, i ze moj czas nadszedl. Dokumentem, ktory ostatecznie zrobil ze mnie antykomuniste byla "Ksiega zapisow cenzury". Polknalem ja w jeden wieczor - jak to zwykle bywalo, nastepnego dnia mialem oddac. Po jakims czasie stwierdzilem, ze jestem stworzony do rzeczy wyzszych niz kolportaz i latanie za papierem. Poprzez moj kontakt (zreszta ladna dziewczyne) wszedlem w konszachty z NOWA i zostalem "skierowany na kurs" sitodruku. Zajecia odbywaly sie w prywatnym mieszkaniu na Czestochowskiej, na mojej rodzinnej Ochocie. Oprocz mnie i mojego przyjaciela Piotra (jest teraz lesniczym pod Warszawa) braly w nim udzial chyba 4 osoby, a wykladowca byl Witek Luczywo. Tak na marginesie, to podczas mojego konspirowania spotkalem kilka obecnie znanych osob. Ale, jako ze to bylo konspirowanie, osoby te nie mialy pojecia, ze ja to ja, tzn. Piotr (dla niektorych Bohdan) Tyszko. Nie moge wiec ciagnac obecnie korzysci z mojej kombatanckiej przeszlosci. Jedna z pozniejszych slaw, o ktore sie otarlem, byl Zbyszek Bujak. Ale wtedy, w 1980, Zbyszek Bujak byl skromnym i niepozornym robotnikiem. Zreszta dowiedzialem sie ze on to on dopiero jak wyszedl z lokalu - coz, konspiracja. No, ale wrocmy do drukowania. Pozwole sobie uzupelnic szczegoly techniczne podane przez Erica. Ramki do sitodruku kupowalo sie w sklepie dla artystow na Mazowieckiej. Byly to po prostu blejtramy, ktore trzeba bylo skleic (bo kupowalo sie je w czesciach), obrobic i obciagnac sitem (na zszywacze biurowe i butapren). Nastepnym etapem naszej pracy bylo powleczenie sita swiatloczula emulsja i naswietlenie przez diapozytywy. Diapozytywy byly wykonywane przez firmowe laboratorium fotograficzne i rozprowa- dzane po zespolach drukujacych. I na koniec, jak Eric wspomnial, kladlo sie na sito farbe i posuwalo rakla. Przyznam, ze otrzymanie dobrego druku nie bylo latwe i nigdy nie osiagnelismy perfekcji. Po pierwsze, diapozytywy musialy byc idealne. Nastepnie, emulsje trzeba bylo rozprowadzic rownomiernie i nie za grubo, nie za cienko. Czas naswietlania byl bardzo wazny, jak tez wyplukiwanie nieutrwa- lonej emulsji tam, gdzie literki. No i w koncu samo drukowanie. Jesli rakla byla nieodpowiednia (robilo sie ja z samochodowego paska antystatycznego i deseczki) albo tkanina zle naciagnieta, to i efekt byl do luftu. A firma brakorobstwa, przynajmniej w naszym przypadku, nie uznawala. Przykro bylo wywalac kilka ryz papieru wudrukowanego kosztem snu, ciezkiej pracy (sprobuj tak kilka tysiecy razy przeciagnac rakla po sicie!) i z narazeniem wolnosci i indeksu. Oczywiscie zaopatrzenie w materialy bylo powaznym problemem. Tkanine sitowa i farbe szmuglowalo sie z Zachodu (ja sam przemycilem raz wielka puszke farby z Anglii). Zeby zaoszczedzic farbe ludzie mieszali ja z roznymi wypelniaczami. Najlepszym wypelniaczem okazala sie pasta do prania Komfort. Oszczedzalo sie farbe, a i sprzatanie bylo ulatwione - wstawiales do wanny i plukales ciepla woda. Wada tej techniki bylo to, ze wydawnictwa w ten sposob powielone nie byly wodoodporne. Po Sierpniu NOWA oddelegowala czesc personelu do pomocy Solidarnosci, ale my zostalismy w podziemiu. Szefostwo wydawnictwa slusznie nie wierzylo komunie. Stan wojenny zaskoczyl nas z calym warsztatem umieszczonym w mieszkaniu mojej znajomej, dzialaczki "S". Trzeba bylo ewakuowac graty. Zmobilizowalem trzech kumpli, wzielismy narty i plecaki i przenieslismy caly majdan udajac narciarzy wracajacych z gor do willi mojego krewnego. I to byl koniec mojego pracy w Niezaleznej Oficynie Wydaniczej. Nie dokonalem w niej wielkich czynow, a i drukarz byl ze mnie kiepski. Ale mialem poczucie, ze robiac te rzeczy poszerzam margines swojej i innych wolnosci. Dzieki mojemu zaangazowaniu w rozprzestrzenianie wolnego slowa nigdy nie czulem sie zniewolony. I nie musialem zazdroscic poprzednim pokoleniom ze zyly w ciekawszych czasach. I do tego jestem szczesliwy, ze (uzywajac sformulowania z piosenki Kelusa) amunicja, ktora strzelalem byla papierowa. Zreszta zacytuje z pamieci: ...Mowili mi maturzysci, ze to mogl wymyslic Haszek by papierem czolgi necic, lub papierem czolgi straszyc... Jednak w koncu wyszlo na nasze. Piotr Bohdan Tyszko Blacksburg, Wirginia, USA