Eric Behr, Jurek Karczmarczuk (E.B.: ) PLOTKOWANIE W PAJECZYNIE ======================== Fascynuje nas roznica miedzy tradycyjnymi metodami komunikacji, a interakcja mozliwa od niedawna dzieki sieciom informacyjnym i poczcie elektronicznej. Szczegolnie ciekawy jest fenomen list dyskusyjnych, zwlaszcza zas list typu "plotkarskiego", w odroznieniu od list profesjonalnych, ktorym nalezaloby poswiecic oddzielny felieton. Zaczniemy od banalow przeznaczonych dla Czytelnikow nie korzystajacych z tego sposobu spedzania czasu, nader czesto wykrojonego z godzin pracy. Lista dyskusyjna jest po prostu... - w glowe sie drapiemy... - jak ja zdefiniowac? Dobra, jest to po prostu lista adresow elektronicznych zarzadzana przez "demony" elektroniczne: programy zwane list-serwerami, lub list-procesorami, rezydujace na duzych komputerach instytucji naukowo-dydaktycznych, czasami innych, ale na pewno nie takich, ktorych administracja ma finansowy stosunek do zasobow informatycznych, jak miejsce na dysku i czas pracy procesora oraz lacz. Bo marnotrawstwo tutaj jest regula. Osoba dysponujaca czasem, silnymi nerwami, oraz przyjaznym srodowiskiem komputerowym, pisze do list-serwera prosbe o wpisanie na liste. Od tej pory kazdy list wyslany przez te osobe na adres listy jest automatycznie powielany, czesto w setkach egzemplarzy. List-serwer jest niezaleznym "uzytkownikiem" wezla, aktywnym 24 godziny na dobe, a jego rola jest odbior poczty i rozsylanie do *wszystkich* uczestnikow. List-serwery na calym swiecie stanowia zgrane towarzystwo; jesli serwer obslugujacy jakas liste w USA ma dziesieciu abonentow europejskich, to nie wysyla dziesieciu listow, tylko jeden, ktorego adresatem jest jakis serwer europejski. Ten dostaje ow list i liste "swoich" adresatow. I eter huczy. Jesli lista jest aktywna i dyskutuje na raz kilkudziesieciu abonentow, powoduje to, ze kazdy z nich otrzymuje codziennie kilkadziesiat, czy kilkaset listow. Nie kazda instytucja moze sobie pozwolic na takie zapychanie lacz i dyskow. Wrocmy jednak do samej komunikacji. Zaleznosci czasoprzestrzenne ulegaja naglemu zakloceniu; sieciowe miary odleglosci, szybkosc przekazu, awarie systemow i globalny zakres komunikacji plataja rozne figle. Przestaje obowiazywac nierownosc trojkata. Odpowiedz na artykul pojawia sie na naszym ekranie wczesniej, niz sam artykul. Australijscy dyskutanci przy porannej kawie dochodza do przelomowych wnioskow wtedy, gdy niczego nie podejrzewajacy Amerykanie smacznie spia, a Francuzi pija. Golym okiem obserwujemy wzglednosc czasu... Ale, jak zwykle, wazniejsza od technologii jest psychologia. Z tego punktu widzenia nawet zwykla poczta elektroniczna zajmuje ciekawa pozycje w dziedzinie srodkow komunikacji. W odroznieniu od telefonu i systemow konferencyjnych, nie jest interakcyjna. Jednoczesnie jest o kilka rzedow wielkosci szybsza niz normalny list. Jest mniej prywatna, bo zwykle moze ja "podejrzec" niedyskretny operator; mimo tego powierzamy jej czesto spontaniczne i intymne uwagi, ktorych nie przelejemy nigdy na papier. Korespondujemy chetnie z osobami, ktorych nie widzielismy w zyciu na oczy, o ktorych nie wiemy zupelnie nic. Wdajemy sie w dyskusje na tematy, ktorych jak ognia unikamy w zyciu codziennym. A listy dyskusyjne jeszcze bardziej poteguja te zjawiska, gdyz to juz przestaje byc elementem zycia prywatnego, a staje sie *teatrem*! Na najglupsza nawet zaczepke zlozona z N linijek odpowiadamy szybko miazdzaca riposta zajmujaca exp(N) linii. Walczymy z uporem godnym lepszej sprawy o powazanie i akceptacje ze strony ludzi, ktorych opinie maja na nasza przyszlosc taki sam wplyw jak wczorajsze cisnienie atmosferyczne nad Kaukazem. Jesli chcemy wykazac, ze ktos jest durniem, to nie wystarcza nam raz, musimy to powtorzyc po stukroc. A jednoczesnie kontakty elektroniczne potrafia doprowadzic do tego, co normalnie wydaje sie byc niemozliwe. Nawet chamskie i wysoce nietaktowne wypowiedzi ida wkrotce w niepamiec, choc nie zawsze. Latwosc archiwizowania wypowiedzi pozwala na trzymanie na dyskach szczegolnie smacznych, lub niesmacznych cytatow, ktore mozna wywlekac i ktorymi mozna sie sycic <>. Ale zarliwe klotnie na forum publicznym sa czasem poczatkiem przyjazni, pod warunkiem, ze utrzymuje sie jej merytoryczny charakter. Dlaczego tak sie dzieje? Kontakt elektroniczny zwykle przekazuje nam "sublimat" partnera. Nie ma reakcji fizjonomicznych, intonacji, emocji estetycznych. Nie ma mozliwosci oceny, tak kiedys waznego w sztuce epistolarnej, recznego pisma. Ba, czasem mylimy sie nawet co do plci rozmowcy! Jest to sytuacja zgola nienormalna; ale dopoki komunikacja sieciowa nie jest na tyle tania, zeby wraz z listem przekazac nam podobizne rozmowcy, skorzystajmy z tego i zastanowmy sie, jak wiele irracjonalnych czynnikow wplywa na nasze rozumowanie i postawe w codziennej "zwyczajnej" interakcji. Elektroniczna wymiana mysli jest tez uwarunkowana tym, ze (na poczatku przynajmniej) nie mamy pojecia o swoim korespondencie. Moze on byc doswiadczonym specjalista neurofizjologiem, albo tez uczniem szkoly podstawowej. Ciekawe jest to, ze *nie zawsze* mozna ktorakolwiek z tych mozliwosci wyeliminowac na podstawie kilku zdawkowych listow. Specjalista moze napisac bzdure nie na temat, zwlaszcza gdy wkracza sie na ulubione poletka dyskusji o zbawieniu swiata przez liberalow / kombatantow / masonow / Pinocheta / Unie Demokratyczna, niepotrzebne skreslic. Uczen moze byc jedyna osoba znajaca odpowiedz na jakis szczegol techniczny dotyczacy sieci, czy komputerow, bo akurat to jego hobby. Jestesmy wiec czasem wystawieni na szok. Tak jak osoba, ktora stracila wzrok musi wlozyc duzo wyobrazni, wysilku i dobrej woli w to, zeby docenic Gauguina na podstawie opisow, uczestnik sieciowego zycia nadziewa sie na niespodzianki wywolane wzglednym kontrastem miedzy ubostwem tego, co jest "tu" (w bezposrednim otoczeniu, we wlasnej glowie), a bogactwem tego, co jest "tam" (na calym swiecie, we wszystkich innych glowach...) Ale znow - byc moze jest to tylko zludzenie? Moze to bogactwo to tylko roznorodnosc bez wiekszej wartosci? Moze na te fizyke relatywistyczna naklada sie eksperymentalne potwierdzenie teorii chaosu, wedlug ktorej dostatecznie skomplikowany uklad wygeneruje *wszystkie* dajace sie pomyslec struktury i konfiguracje? A list-serwer jest znanym z Lema "Demonem Drugiego Rodzaju", ktory bezlitosnie zalewa nas informacja cenna i glupia, pozytecznymi radami i belkotem. I ktory w dodatku - co Lem rowniez zauwazyl - korzysta z faktu, ze informacja jest narkotykiem, ze pozbywanie sie jej przychodzi z trudem. Wiec magazynujemy wszystko, podobnie jak kiedys magazynowalismy np. *wszystkie* ksiazki z fantastyki naukowej w Polsce, a teraz niektorzy magazynuja wszystkie ozdobne kroje czcionek w formacie PostScriptu oraz wszystkie wypowiedzi, ktore kiedys byc moze wydadza sie interesujace... Nie stac nas psychicznie, aby powiedziec *dosc!* i po prostu wypisac sie z listy. Smieszne? Wcale nie! Osoby znajace kilka list dyskusyjnych wiedza, ze dosc nagminna, na szczescie lekka choroba, jest obecnosc na liscie osob, ktore blagaja o pomoc w wypisaniu sie z listy, bo same nie potrafia! A my nie wiemy juz nic. Byc moze Pan X, ktory najpierw odbierany jest jako cham, a pozniej zdaje sie byc rubasznym anarchista, jest jednak po prostu chamem? Tu juz komputery nie pomoga. Potrzebne sa metody klasyczne, czyli np. pol nocy przesiedziane nad butelka Wyborowej / Cadet de Bordeaux '89, niepotrzebne skreslic, po potrzebne skoczyc. Byc moze Pan Y, ktory nigdy nic madrego nie napisal, tylko czasami robi komus krotkie a glupie docinki, naprawde jest znakomitym specjalista od krzyzowek kotow rasowych i potrafi o tym mowic godzinami, ale wstydzi sie wyjechac z tym publicznie na liste, zeby go nie zakrzyczeli? Nieslusznie, ale jak go o tym przekonac? Jak w wielu innych dziedzinach, z niepokojem oczekujemy przyszlosci. Przepustowosc sieci pozwoli niedlugo na powszechny przekaz dzwiekow, a wkrotce przyjdzie nam wysylac "video-mail". Juz teraz rozpowszechnia sie protokol IRC, dzieki ktoremu komunikacja sieciowa przypomina wieczorna pogawedke przy kominku (z tym, ze przy prawdziwym kominku trudno o klebiacy sie tlum...). Moze wtedy zreszta, ze wzgledu na wzbogacenie pasma przepuszczania informacji pozaleksykalnej, niektore patologiczne zjawiska ulegna oslabieniu, nie trzeba bedzie szczegolnej wulgarnosci, aby dac komus do zrozumienia, ze sie go nie powaza. Ale powodow do obaw jest wiecej. W naszym demokratycznym, cywilizowanym swiecie, w ktorym poczta elektroniczna jest darmowa jak lawki w parku, zawsze znajda sie chorzy osobnicy, ktorzy beda starali sie demolowac co im w reke wpadnie. Obrazac innych dla sportu, wysylac gigabajty smieci do setek osob, wysylac dziesiatki razy dokladnie ten sam tekst itp. Wlasciwie nie ma przed nimi obrony, jedynym sposobem bylby zmasowany atak calej spolecznosci, gdyz policji elektronicznej sie nie przewiduje. Ale taki atak nigdy nie nastapi, zawsze beda aktywni ugodowcy, ktorzy stwierdza, ze kazdy ma prawo do wolnosci wypowiedzi, chocby korzystal z tej wolnosci w sposob uwlaczajacy innym. Niektorzy tez uwazaja, ze sam akt prowadzenia takiego ataku uwlacza godnosci listy bardziej, niz obelgi ze strony jednej osoby. Oczywiscie zawsze mozna wylaczyc komputer. Albo stworzyc wlasna liste, kontrolowana przez czlowieka. Wtedy z kolei niszczy sie spontanicznosc. A kto skontroluje kontrolera? Niemoderowana lista ma te piekna zalete, ze wszyscy sa rowni. I te wade, iz kazdy wie, ze to nieprawda. Jedno nie ulega watpliwosci. Epoka "globalnej wioski" MacLuhana jest bezpowrotnie za nami. To juz nie jest zadna wioska, w ktorej zaby kumkaja, w ktorej mozna wyjsc na spacer i pobuszowac samemu po polach. To jest gesta zabudowa miejska. Gesta, znaczy sie nigdy nie jestesmy sami, stanowimy spolecznosc, ktora winna sie zastanowic nad regulami wlasnej organizacji i sasiedzkiego postepowania. Miejska, bo jestesmy zdani na wyspecjalizowane sluzby techniczne, biblioteki publiczne, zarzadzane przez BogWieKogo brygady remontowe, przeszkadza nam tlok na laczach podobnie jak w autobusach, denerwujemy sie, gdy proba dostania sie do jakiegos archiwum konczy sie wyrzuceniem i informacja, ze juz jest 376 podlaczonych osob i wszystkie stolki sa zajete. A czasami, zwlaszcza w kontekscie wspomnianych wyzej patologii, marzy nam sie elektroniczna Sluzba Oczyszczania Miasta... No i wlasnie ten teatr, gdzie mozna sie popisac przed publicznoscia, ktorej przecietny zjadacz chleba w zyciu nie ma. Kazdy staje sie aktorem na wielkiej scenie i bezkrytycznie, z pasja usiluje olsnic tysiace bliznich swoim talentem, swoimi pomyslami na ekonomiczne zbawienie swiata, lub swoja osobowoscia, np. nieugieta postawa moralna i patriotyczna. A jest to takze, uzywajac okreslenia Lema, "wyszalnia" psychiatryczna, w ktorej mozna dac upust swoim kompleksom czlowieka niedocenionego i porozpychac sie lokciami. Albo gabinet luster, w ktorym mozna obejrzec samego siebie niekoniecznie takiego, jak na monidle slubnym. Lub tez swiat fantazji, w ktory uciekamy od szarego meza, rozpuszczonych dzieci, mandatu za parkowanie i zapchanego zlewu. A jednoczesnie, ze wzgledu na tlok na tej scenie, czy srodku komunikacji miejskiej, jestesmy chronieni anonimowoscia. Rzadko grozi nam zastanowienie typu: "co robisz czlowieku, przeciez wszyscy na ciebie patrza!" Moze zreszta dlatego listy moderowane sa czesto pozbawione zycia. Swiadomosc, ze zostanie sie poddanym selekcji, bardzo latwo gasi spontanicznosc. Wreszcie, na koniec pewna meta-uwaga. Spolecznosc, o ktorej mowa, jest dosc nieufna. Czesc patologicznych reakcji na publiczne wystapienia oponentow bierze sie stad, ze <> zaklada sie, ze inny dyskutant mial cos brzydkiego na mysli. Na szczescie nie zawsze, ale zbyt czesto. Zastanow sie Czytelniku - nie doszukiwales sie jakiegos klucza w powyzszym tekscie? Nie zastanawiales sie "a komu oni chca przysolic i czy aby nie mnie?" Odpowiedz jest negatywna. Po co? Przeciez <> nie sa niemoderowana lista dyskusyjna.